A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 27 .    

    Strażnik zręcznie wrzucił Stena w ciemność celi. Wylądował na kimś, kto nie odezwał się wcale. Sten okręcił się i zaczął przepraszać, potem wciągnął nosem powietrze. Ze trzy dni już nie słyszy, stwierdził.

    Wstał. Głęboka cela była bardzo ciemna. Sten cały czas poruszał oczami, oddychał szybko. Jego źrenice rozszerzyły się. Widok nie był wart nawet jednej świecy, zdecydował.

    Więzienie zbudowano tak, że doskonale odpowiadało charakterem usposobieniu rasy zamieszkującej Saxon. Zrób odpowiednio odporną celę i wrzuć do niej wszystkich, których nie lubisz. Dawaj im tyle jedzenia, żeby nie krzyczeli z głodu, i zapomnij o nich. Co się stanie w celi, nikogo nie obchodzi. Miał nadzieję, że Sa'fail pozostał przy życiu.

    Znalazł ścianę i oparł się o nią plecami. Czekał. Do kitu, zdecydował. Około dziesięciu minut minęło, zanim przywódca i jego zbiry zdecydowały się wyłonić z ciemności.

    Sten nie zadał sobie trudu, aby pytać o cokolwiek. Kantem dłoni uderzył w tył głowy pierwszego zbira i ciosem z boku powalił go na ziemię, podczas gdy tamten bulgotał coś przez resztki krtani. Drugiego trafił pięścią za uchem, zaraz po tym, jak przeskoczył przez martwe ciało przywódcy.

    Drugie ciało rzucił prosto na wyciągnięte ręce trzeciego mężczyzny, a potem wykonał półobrót, unosząc stopę. Trzeci człowiek postanowił nie wstawać.

    - Sa'fail. Z Czarnych Namiotów. Gdzie jest?

    Zbir skrzywił się. W oczywisty sposób myślenie nie było jedną z głównych używanych przez niego technik działania. Sten czekał cierpliwie.

    Facet popatrzył na gotowego do uderzenia Stena i powiedział:

    - W tym rogu. Te parszywe typy trzymają się razem.

    Sten uśmiechnął się w odpowiedzi i wycelował nogą. Trzasnęły chrząstki i mężczyzna zawył, zwalając się na ziemię. Sten przeskoczył nad nim. Zdecydował, że nie musi go zabijać. Ten zbój będzie zbyt zajęty krwawieniem przez najbliższą godzinę czy coś koło tego, aby zaatakować od tyłu, a tyle czasu przynajmniej taką Sten miał szczerą nadzieję - wystarczy na wszystko.

    Torował sobie drogę pośród ciał, cicho wywołując imię nomada. I znalazł go. Sa'fail miał odpowiednie otoczenie. Sten zmierzył ich spojrzeniem z góry na dół. Nadspodziewanie zdrowi jak na więzienie. Zastanawiał się, czy musieli już przerabiać na kanapki swoich towarzyszy niedoli, aby utrzymać się w takim zdrowiu.

    Nomada usiadł i pogładził brodę.

    - Nie pochodzisz z Ludu - stwierdził jeden z nich, który musiał być porucznikiem Sa'faila.

    - Nie, O Bohaterze Pustyni, Mężczyzno, Który Zmusza Nędznych Q'riya do Drżenia - powiedział Sten płynnie w pustynnym dialekcie. - Ale od dawna podziwiałem ciebie z daleka.

    Nomada chrząknął.

    - Jestem zaszczycony tym, że twój podziw stał się tak wszechogarniający, iż poczułeś się zmuszony przyłączyć do mnie tutaj, w tym pałacu.

    - Chociaż niezwykle chciałbym wymieniać teraz komplementy, O Panie, Który Trzęsiesz Pustynią - powiedział Sten to raczej zasugeruję, abyś ty i twoi ludzie przywarli do tej ściany. Macie jeszcze... pomyślał przez chwilę. - Dość mało czasu zostało.

    - A co się stanie? - spytał porucznik.

    Bardzo niedługo spora część tego więzienia przestanie istnieć.

    Nomadowie zaczęli szumieć, ale po skinięciu Sa'faila zapadła cisza.

    - Spodziewam się, że to nie jest dowcip?

    - Dla mnie to jeszcze mniej śmieszne niż dla ciebie.

    - No cóż, skoro mamy raczej mało czasu na rozważania... Sa'fail myślał przez chwilę. Potem giętko podniósł się na nogi.

    - Powinniśmy zrobić to, co mówi ten cudzoziemiec. Nieważne, co się stanie. Przynajmniej przestanie być nudno.







    Drom pokładał się na Alexa. Mężczyzna cofnął się i wpakował cztery palce w boki bestii. Zwierzę wciągnęło powietrze i zakołysało się na nogach. Inni członkowie Zespołu Modliszki nienawidzili dromów, śmierdzących, kołyszących się zwierząt wierzchowych na Saxon. Nie przeszkadzały one Alexowi. Miał kiedyś pecha i służył podczas ceremonii przyjmowania do Gwardii na Ziemi i poznał wtedy wielbłądy.

    Ale nie żałował akurat tego bydlęcia. Zwierzę miotało się. Chyba już nie pamięta, kiedy ostatnio jadł, pomyślał, odsuwając się poza zasięg zębów bestii. Został złapany przez strażników otaczających więzienie, z fałszywą przepustką, w szatach handlarza.

    Pomyślał też, że trudno znaleźć bombę, kiedy jest się trawionym w trzewiach bestii. A nie widać żadnej broni w tych śmieciach dookoła.

    Przycisnął się do ściany i pozwolił, aby przepływały te ostatnie sekundy.







    Frick przysunął się bliżej do Fracka. Mogli rozmawiać, mogli porozumiewać się telepatycznie, nic niezwykłego. Inni członkowie Zespołu byli na miejscach. Jeden z palców Fricka dotknął klawisza przekaźnika.

    - Nic. Nic. - Wyłączył mikrofon i obaj przysunęli się bliżej do murów.

    Gdyby któryś z członków zespołu chciał się skontaktować, to mogli spotkać się na zewnątrz. Za kilka sekund.







    Może kiedy nadejdzie zmiana, pomyślał morderca. Potem odrzucił tę możliwość. Potrzebujemy każdego pistoletu.

    Jorgensen nerwowo bawił się ładunkiem w kształcie litery S, przyczepionym do szyi. Gdyby wewnętrzne czujniki przestały odbierać oznaki życia, mały wybuch nie pozostawiłby nic, co mogłoby umożliwić identyfikację żołnierza Sekcji Modliszki albo jego wyposażenia.

    O jeden dzień bliżej do farmy, pomyślał smętnie Jorgensen. Ta myśl to jedyny sposób, aby to znieść. Odwinął koc i wyjął z niego karabin.







    Sądzę, że zrobiłaś to z rozmysłem - sapnął Doc. Znasz antypatię, jaką my z Altaira żywimy w stosunku do śmierci.

    - Nie - stwierdziła Vinnettsa. - Nie zrobiłam tego. Ale to doskonały pomysł.

    Doc usiadł w samym wejściu do mauzoleum, trzymając pistolet w małych, tłustych łapach. Vinnettsa przestała bawić się bronią i pozwoliła, by elastyczna pętla wciągnęła karabin pod ramię.

    - Zemsta. Typowe, nieprzyjemne ludzkie zachowanie - powiedaał Doc.

    - Wy nigdy tego nie robicie?

    - Oczywiście, że nie. Antropomorfizm. Czasami jesteśmy osobiście zmuszani do naprawy tego, co... wasza nazwa tego to: przeznaczenie, zrobiło.

    Vinnettsa zaczęła odpowiadać, ale wtedy właśnie pierwszy wybuch przetoczył się przez cmentarz.

    I oboje rzucili się biegiem w kierunku kwater strażników, leżących w tunelu tuż przed nimi.







    Tydzień wcześniej przekupiony strażnik zainstalował ładunek wybuchowy w budce strażniczej przy głównej bramie.

    Pierwsze eksplozja była mała. Alex zrobił to z materiału wybuchowego, ukształtował odpowiednią formę z gliny i włożył w nią tyle szklanych kulek, ile zdołał kupić na bazarze.

    Teraz kulki wylatywały w powietrze, całkiem nieźle unieruchamiając dziesięciu strażników kręcących się przy bramie. Alex ustawił ładunek poniżej linii bioder.

    - Im bardziej ich to zaboli i przestraszy, im groźniejsze będą rany, tym lepiej dla nas.

    Vinnettsa ustawiła zasięg i wielkość ładunku na kolbie wyrzutni i podniosła ją. Wycelowała. Gdy doliczyła do pięciu, usłyszała wrzask oficera prowadzącego oddziały szturmowe przez tunel do więzienia...

    Dotknęła przycisku. Rakieta wyleciała, a potem zadziałał ładunek.

    Vinnettsa przytuliła się do ziemi, gdy pocisk przeleciał przez solidne cegły i eksplodował w tunelu.

    Podniosła się na nogi i popatrzyła na zapadający się dach. Dodatkowa dywidenda, pomyślała. Skierowała się w stronę pozycji Alexa.







   - Gdybym nie był taki głupi, to by mnie tu nie było. Drugi i trzeci ładunek. - Alex uderzył w klawisze detonatora, ukrytego pod szatą. Dwa następne ładunki dywersyjne wybuchły po przeciwnych stronach więzienia.

    - Gwardia to mój dom, nie chcę nic więcej. Czwarty i piąty ładunek. - Zdetonował je.

    - A teraz kolej na nas. - Wcisnął guzik od głównego ładunku. Interesujące.

    Drom przestał istnieć. Ściana też.

    Fala uderzeniowa zmiotła główny mur, wielkie cegły przeleciały przez niewielką przestrzeń i zgruchotały wewnętrzne ściany więzienia. Runęły mury. Więźniowie jęczeli ze strachu.

    Alex podniósł karabin z ziemi. Trzymał go w gotowości do strzału.

    Ogłuszeni wybuchem, oślepieni blaskiem dnia więźniowie powoli wychodzili.

    - Dalej, dalej - wrzasnął. Nie potrzebowali długiego zachęcania. - No chodź wreszcie, Sten. Czas goni. Nie wiadomo, co się jeszcze wydarzy.

    Sten, starszy brodaty mężczyzna i kilku przyodzianych w strzępy szat nomadów wybiegło na ulicę.

    Alex zobaczył oddział strażników idących zza rogu w jego kierunku.

    - Właśnie tak myślałem, że to się przyda - zamruczał i nacisnął ostatni guzik na swojej tablicy. Ładunek w kształcie węża, ułożony przed chwilą na chodniku wybuchł niemal pod stopami strażników.

    Rzucił broń podbiegającemu Stenowi.

    - Może wreszcie pójdziemy? - powiedział. - Zaczyna mnie już nudzić to łażenie dookoła i obijanie się.

    Sten roześmiał się, przykląkł na jedno kolano i strzelił serią w dół ulicy. Potem nomadowie, nadal zaszokowani, podążyli za dwoma żołnierzami w morderczym biegu.







    Doc zamachał leniwie łapą. Zatrzeszczały dwa karabiny. Czterech gwardzistów w bramie upadło, kiedy naboje eksplodowały im w piersi.

    Jorgensen i Vinnettsa zajmowali właśnie pozycje strzeleckie, gdy Sten, Alex i nomadowie dobiegli do nich. Alex kontynuował atak na bramę, odczepił ładunek noszony w torbie. Nachylił się nad nim, nastawił zegar. Odwrócił się i odszedł na bok.

    - Proponuję, żebyście się położyli, bo inaczej pooglądacie sobie swoje własne flaki.

    Nomadowie patrzyli na niego z kompletnym brakiem zrozumienia. Sten kiwnął na nich z wściekłością, i wreszcie przypadli do chodnika obok zespołu.

    Następny wybuch i brama rozchyliła się na boki. Kawałki żelaza i drewna waliły dookoła skulonych żołnierzy.

    - Trochę źle wycelowałem - mruczał Alex. - Mogłem lepiej trafić.

    Wstali i pobiegli prosto w pustynię.







   - Zaczekamy tutaj - rozkazał Sa'fail. - Moi ludzie obserwują miasto. Przyczają się i zobaczą, kto jest na tyle głupi, aby wyjść z Atlan bez obstawy.

    Drużyna automatycznie ustaliła perymetr, potem zapadła za skałami. Vinnettsa wyjęła manierkę z plecaka i puściła ją w obieg. -

    Fal'ici mają wobec was dług - powiedział Sa'fail po napiciu się.

    Sten popatrzył na Doca. To było jego pole działania. Miś wszedł w środek i obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni. Łagodnie poruszał wąsami.

    Sten wręcz namacalnie poczuł odpływ napięcia. Automatycznie wszyscy - żołnierze i nomadowie - pomyśleli, że mała istota jest ich najlepszym przyjacielem. Taki był sposób na przeżycie stosowany przez rasę Doca. Jego gatunek należał do naprawdę zapalonych myśliwych, którzy niemal całkowicie wyniszczyli dzikie zwierzęta na swojej rodzinnej planecie. Nienawidzili wszystkich, siebie nawzajem też, z wyjątkiem okresu rui i krótkiego czasu po narodzinach młodych. Ale promieniowali miłością. Zaufaniem. Każdy człowiek chciałby bezustannie nurzać się w pozytywnych uczuciach płynących od tej małej istoty.

    - Dlaczego - zapytał raz Sten, tak gdzieś w połowie szkolenia w Sekcji Modliszki - nie nienawidzisz nas?

    - Ponieważ - odpowiedział Doc posępnie - zostałem uwarunkowany. Wszyscy zostaliśmy uwarunkowani. Kocham was, bo muszę was kochać. Ale to nie znaczy, że muszę was lubić.

    Doc pokłonił się Sa'failowi.

    - Uważamy ciebie, Sa'failu, za człowieka honoru, tak jak twoja rasa jest szlachetna.

    - My, Fa'ici z pustyni właśnie tacy jesteśmy. Ale te męty z miasta... - porucznik Sa'faila zdusił ostatnie słowa w sobie.

    - Spodziewam się - wtrącił się Sa'fail - że uwolniliście mnie z jakiegoś powodu.

    - Rzeczywiście - zgodził się Doc - chcielibyśmy prosić cię o przysługę.

    - Oddamy wam wszystko, co Lud z Czarnych Namiotów posiada. Ale najpierw musimy spłacić swoje długi w stosunku do Q'riya.

    - Możesz się przekonać - powiedział Doc - że w tym samym czasie jesteś w stanie spłacić więcej niż jeden dług.







    Namiot był zadymiony, gorący i śmierdzący. Dlaczego, zastanawiał się Sten, nomadowie są romantyczni tylko wtedy, kiedy się ich nie wącha? Tak na oko żaden ze starszyzny nie miał więcej wody do kąpieli niż każdy ze zwykłych członków plemienia.

    Uśmiechnął się, gdy zobaczył, jak Sa'fail, siedzący na honorowym miejscu, uroczyście wkłada garść jedzenia prosto w usta Doca. Będzie miał szczęście, gdy wyjmie wszystkie palce, pomyślał.

    Ale jakoś się udało.

    Delikatnie poklepał siedzącą obok Vinnettsę. Plemię niechętnie przyznało Idzie i Vinnettsie pełny status, taki jak innym członkom zespołu. Pomogło trochę to, że Vinnettsa została zaskoczona pewnego wieczoru przez trzech romantycznych nomadów i przy świadkach zabiła ich czterema ciosami.

    Alex trącał go.

    - Zrób mi ten zaszczyt, skarbie.

    Sten otworzył usta, aby zapytać, o co chodzi, i Alex wpakował mu kąsek czegoś. Sten ugryzł go, ale kubki smakowe powiedziały mu, że coś jest nie tak. Wziął oddech i przełknął. Jego żołądek zaprotestował.

    - Co to było?

    - Malutka gałka oczna. Jakiegoś pustynnego zwierzaczka.

    Sten zdecydował przełknąć ślinę jeszcze parę razy, tylko, aby się upewnić.

    Namioty rozciągały się na mile. Zespół Modliszki i jego bagaże przybyły do domu Sa'faila i natychmiast jeźdźcy wyruszyli w pustynię. I zaczęły przybywać inne szczepy. Całej niewątpliwej elokwencji Sa'faila wymagało przekonanie niezależnych plemion, aby za nim poszły, i tylko przeciągające się, głośne uczty utrzymywały całość w komplecie.

    Jeszcze jeden dzień, modlił się Sten. Więcej nie trzeba.







   On i Vinnettsa siedzieli razem na głazie, wysoko ponad czarnymi namiotami migającymi światełkami obozowych ognisk. Kilka metrów dalej przechadzał się wartownik.

    - Jutro - powiedział, idąc torem swoich myśli - jeśli się uda, a nie jest to za bardzo prawdopodobne, to co się stanie?

    - Wydostaniemy się z tego świata - powiedziała Vinnettsa - i spędzimy tydzień w wannie. Będziemy sobie myć... myślę, że plecy to dobre miejsce na początek.

    Uśmiechnął się, zerknął na wartownika, który patrzył w inną stronę, i pocałował ją.

    - A Atlan jest pustynią i Q'riya płoną na wolnym ogniu.

    - I tak będzie lepiej?

    Sten skinął głową.

    - Im gorzej, tym lepiej. Ale powiedz, Sten, kochanie, czy to ma dla ciebie jakiekolwiek znaczenie?

    Sten rozważył rzecz dokładnie. Potem wstał i pociągnął Vinnettsę do góry.

    - Nie. Nie ma.

    I zeszli w dół w kierunku swojego namiotu.

    Morderca patrzył, jak Sten schodzi ze wzgórza, i zaklął cicho. To było możliwe - teraz, w tej chwili. I zerwałoby negocjacje. Ale ten wartownik. Nie, nie można. Jutro musi jednak zaistnieć jakaś sposobność. Morderca był już zmęczony czekaniem.







    Zespół podzielił się do szturmu. Doc, Jorgensen, Frick i Frack dołączyli do nomadów. To nie było specjalnie wyrafinowane.

    Plemiona zbiegały w dół ze wzgórz w czerni nocy tuż przed świtem, niosąc drabiny oblężnicze. Ustawili się poniżej murów, gotowi do ataku. Strażnicy nie byli w stanie pogotowia. Jedyną przewagę, jaką dysponowali atakujący, stanowił fakt, że nikt tego nie próbował zrobić za pamięci ludzkiej. Co oznacza, powiedział Doc Stenowi, co najmniej dziesięć lat.

    Nomadzi zostali wyposażeni w tajną broń - proste łuki z cięciwą ze skóry, które członkowie zespołu pokazali łucznikom i pomogli przy ich wyrobie około miesiąca przed szturmem. Cięciwy zabrzęczały i wystrzeliły. Strażnicy upadli. I drabiny zajęły swoje miejsca.

    Łucznicy kontynuowali ogień tak długo, jak mogli - to znaczy aż do chwili, gdy komuś udało się pomyślnie dojść do drabin i uniknąć śmierci, a potem wrzeszczeć i wspinać się w górę wraz z innymi.

    Czterech żołnierzy Modliszki trzymało się blisko śa'faila. Byłoby bardzo korzystne - dla nomadów - gdyby udało mu się przeżyć ten atak. Jak wielu barbarzyńskich przywódców uważał, że jego miejsce jest trzy metry za pierwszą falą szturmu.

    Nastąpiły wrzaski, budynki zaczęły palić się, a dookoła dominował raniący uszy chór zderzających się mieczy. Cywile hałaśliwie biegali w poszukiwaniu schronienia. I nie znajdowali żadnego.

    M'lan walczyli do ostatniego. Zbyt głupi na to, aby zrobić inaczej lub, być może, wystarczająco sprytni, aby zorientować się, że nie mogą liczyć na przebaczenie.

    Jorgensen zadrżał, patrząc, jak fale nomadów wpływają do budynków haremu Q'riya.

    Doc tarmosił brzeg swojej szaty.

    - Jak dzieci - mruczał. - Mają dobrą, zdrową zabawę. Jego wąsy poruszyły się i Jorgensen zapomniał o przelotnym pragnieniu zgniecenia pod stopą tego podobnego do pandy stworzenia.

    I tak szło to dalej, coraz dalej.







    Vinnettsa patrzyła w dół doliny na płonące w odległości trzech kilometrów miasto.

    - Zapewne to wystarczy. Minie pięć lat, zanim nomadom uda się to wszystko zebrać do kupy.

    - Może i tak - stwierdził Sten. - Ale fabryki są zautomatyzowane. Odetniemy moc i kłopot z głowy.

    - Ale - wtrącił Alex - nie chcecie chyba pozbawić mnie widoku takiej wielkiej, radującej duszę eksplozji, prawda? Sten zaśmiał się i poszli popracować w elektrowni na zaporze, która stała u wrót doliny, źródła energii dla wszystkich tych skomplikowanych fabryk broni rozpościerających się tam, w dole.

    Pod kierunkiem Alexa starannie umocowali ładunki, połączone lontem z zapalnikiem czasowym. Postępowali zgodnie z wszelkimi regułami i założyli kompletne zasilanie awaryjne.

    - To nam daje dwie korzyści - stwierdził Alex. - Po pierwsze, mamy pewność, po drugie, nie musimy tego dźwigać do domu. - Bez wysiłku podniósł blok betonu, który musiał ważyć ze trzysta kilogramów, i zaczopował swój ładunek.

    - Trzeba teraz to wszystko sprawdzić. Idźcie od tamtej strony, ja zacznę od tej.

    Sten i Vinnettsa poszli w dół długim, dającym pogłos betonowym korytarzem.

    Sten pochylił się nad pierwszym ładunkiem, sprawdzając połączenia, dotykając delikatnie spłonki, przebiegając palcami W poszukiwaniu przerw.

    Oddalona o dziesięć metrów Vinnettsa podniosła swój pistolet. Uważnie. W obu rękach. Robota to robota.

    Alex zaklął. Staję się nieostrożny. Sten miał jego szczypce do drutu. Okręcił się i pobiegł lekko w dół korytarza. Natrafił na niespodziewany widok. Skamieniał.

    V'innettsa celowała, smakując ostatnie sekundy wieńczące dzieło.

    Alex, zupełnie instynktownie, obrócił się. Zerwał szeroki izolator w kształcie dysku z jakiejś maszyny i rzucał go. Izolator obracał się... leciał... wirował... niemal ze zbyt wielką siłą... podczas gdy Vinnettsa zwiększała nacisk na cyngiel.

    Krawędź dysku trafiła ją tuż nad łokciem. Kość pękła i krew trysnęła, gdy izolator odciął jej rękę, broń, wszystko. Sten wstał, z bronią gotową do strzału, potem zobaczył

    Vinnettsę. Jej twarz wykrzywiała się w agonii, ale równocześnie jedną ręką szukała drugiej broni u pasa, pochwyciła ją... Pierwszy pocisk eksplodował na betonie, i Sten uskoczył na bok.

    Bez udziału myśli, tak jak był uczony: prawa ręka w górę, lewa na cynglu; nacisnąć cyngiel; nacisnąć i cofnąć aż do oporu.

    Głowa Vinnettsy eksplodowała różowym strumieniem krwi i mózgu. Jej ciało upadło na podłogę.

    Ramię Stena uderzyło w chodnik. Po prostu leżał tam. Alex podszedł, schylając się nad nim.

    - Wszystko w porządku, stary?

    Sten kiwnął głową. Nie miał jeszcze czasu, aby poczuć cokolwiek.

    Alex był zaszokowany.

    - Mała musiała oszaleć.

    Sten podniósł się na kolana.

    - Trafiła cię, Sten?

    Sten pokręcił głową. Alex pomógł mu podnieść się na nogi, potem spojrzał na ciało Vinnettsy.

    - Nie mamy teraz czasu na żal - powiedział. - Ale zdaje mi się, że później przyjdzie pora na łzy. Była dobrym kumplem. Przerwał. - Mamy robotę, chłopcze. Jeszcze mamy robotę.

    Strzał Alexa był mistrzowski. Elektrownia została strzaskana, mury zawaliły się. Wielkie kawały dachu wpadły do jeziora, i parę ton wody przelało się przez krawędź.

    Ale zapora wytrzymała.

    Drużyna miała teraz czas na przypilnowanie własnej roboty i na zobaczenie miasta Atlan stojącego w płomieniach, zanim Imperialny Krążownik wylądował miękko obok nich.

następny